poniedziałek, 16 listopada 2020

Szadź na bieszczadzkich szczytach

 Połowa listopada zachęca bardziej do zaszycia się w domu z ciepłą herbatą, pod kocykiem przy zapalonym kominku niż do wędrówek po górach, ale czasem trzeba wyrwać się z domu, pooddychać świeżym powietrzem i przewietrzyć umysł. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Plan był prosty - pojechać w Bieszczady, wejść na jakąś górkę. Nie spodziewałam się, że będą piękne widoki, bo pogoda jasno dawała do zrozumienia, że na to nie mam co liczyć, choć zbliżając się do punktu docelowego pojawiły się promyki słońca w Lutowiskach więc stwierdziłam, że może nie będzie tak źle. Niestety jak się później okazało widoków nie było żadnych, wszystko spowijały chmury, ale mimo to ten wyjazd zaliczam do jednych do najbardziej udanych w tym roku z powodu niesamowitej szadzi,  którą w takiej postaci miałam okazję widzieć pierwszy raz w życiu. Wybrałam się czerwonym szlakiem na Połoninę Wetlińską z Brzegów Górnych w kierunku Przełęczy Orłowicza. Wychodząc na szlak nie spodziewałam tego co przywitało mnie już przy dolnej krawędzi lasu. Wychodząc w górę widziałam nisko wiszące chmury, ale nie zdawałam sobie sprawy, że z każdym krokiem zbliżam się do "krainy lodu" i muszę przyznać, że była to miła niespodzianka, ale najlepiej to o czym mówię oddadzą zdjęcia. Nie było źdźbła trawy, gałązki drzewa czy kamienia, który nie byłby pokryty szadzią. Zamiast szaro-burej wędrówki we mgle miałam zimowy spacer. Góry lubią zaskakiwać i to czasem pozytywnie :)